Bartłomiej Dyrcz o książce „Łętownia. Genius loci 1365-2025” (Wywiad)
Dziś publikujemy rozmowę z Bartłomiejem Dyrczem - autorem książki „Łętownia. Genius loci 1365-2025”.
To pierwsze tak obszerne opracowanie historii miejscowości, które dziś będzie miało swoją oficjalną premierę.
Zapraszamy do lektury - odpowiedzi są pełne odkryć, emocji i kulis powstawania tej wyjątkowej publikacji.
Rafał Sołek: 660 lat historii w jednej książce - to brzmi jak praca kilku instytutów. A jednak zrobił to Pan sam. Od czego w ogóle zaczyna się taka podróż?
Bartłomiej Dyrcz: Faktycznie, opisanie 660 lat historii jednej miejscowości to zadanie, które zwykle realizuje zespół badaczy z wielu dziedzin. Ale rodzi się pytanie: dlaczego nikt wcześniej tego nie zrobił? Historia - jak mówi Józef Wrona - jest jak narkotyk. Mnie również wciągnęła i poprowadziła różnymi drogami. Przez lata wiele osób marzyło o tym, by powstała książka o historii Łętowni. Dawny sekretarz wsi, Stanisław Hanusiak, snuł plany napisania jej monografii. Podobne myśli miał ks. Stanisław Kowalik. Fragmenty dziejów parafii opracowały Kazimiera Kutrzebianka i Urszula Janicka-Krzywda. Jednak dotąd nikt nie stworzył całościowego ujęcia historii miejscowości.
Choć część archiwów pozostaje niedostępna, można korzystać z opracowań sąsiednich miejscowości - takich jak monografie Pcimia, Jordanowa czy Lubnia - bo losy Łętowni są z nimi ściśle splecione. Ta książka nie powstałaby bez dorobku wielu osób: wspomnianego Stanisława Hanusiaka, Józefa Wrony - rzeźbiarza i pasjonata lokalnych dziejów - czy Marii Pióreckiej, 98-letniej mieszkanki pamiętającej jeszcze czasy dworu i folwarku Kempnerów.
Ogromną pracę wykonali także Karolina Kowalcze-Franiuk i Stanisław Kowalcze, opracowując historię oświaty na podstawie „Kroniki Szkoły Powszechnej” z lat 1882–1955. Nieocenione wsparcie okazał Andrzej Wicher - inicjator Stowarzyszenia Gromada Łętownia - który od lat gromadził materiały o przeszłości wsi, podobnie jak Zbigniew Bryl. Dzięki życzliwości obecnego księdza dziekana Stefana Stypuły mogłem również zagłębić się w archiwa parafialne. Korzystałem ponadto z dorobku lokalnych badaczy, takich jak dr Piotr Sadowski.
Tak naprawdę tę książkę napisało wiele osób - ja poukładałem ich wysiłek, pasję i pamięć w jedną opowieść.
Kiedy pojawił się pierwszy impuls, że ta książka powinna powstać - czy był to konkretny moment, rozmowa, dokument?
Pierwsze myśli o napisaniu takiej książki pojawiły się już wtedy, gdy poznawałem dzięki Józefowi Wronie spuściznę kronikarską pozostawioną przez dawnego sekretarza gminy Łętownia - człowieka, którego jeden z dziennikarzy nazwał nawet „Gandhim z Łętowni”. W trakcie prac nad lokalną historią coraz częściej wracała idea, by opisać zarówno dzieje wsi, jak i jego samego jako wyjątkowego działacza.
Jednocześnie miałem świadomość, jak ogromna byłaby to praca i jak duże wiązałyby się z nią koszty. Nie było też pewności, czy taka publikacja faktycznie znajdzie odbiorców, dlatego temat odkładałem. Przełom nastąpił w styczniu 2024 roku, kiedy skontaktował się ze mną Andrzej Wicher i zaproponował współpracę nad książką o Łętowni. Prawdopodobnie widział moją wcześniejszą prelekcję na ten temat, przygotowaną kilka lat wcześniej w Centrum Kultury w Jordanowie na zaproszenie Stanisława Bednarza. Obserwował też działania Kliszczackiego Centrum Kultury oraz znał moje publikacje oparte na lokalnej historii.
Byłem wtedy tuż po przerwie po wydaniu biografii Andrzeja Dziubka „Elektryczny baca”. Pomyślałem, że to chyba dobry znak - skoro ludzie sami zgłaszają potrzebę takiej książki, to znaczy, że warto ją napisać.
Ile czasu trwało zbieranie materiałów i jakie źródła okazały się najcenniejsze?
Materiały dotyczące lokalnej historii zbierałem przez wiele lat, jeszcze przy okazji wcześniejszych publikacji. Łętownia - jako parafia matka - zawsze pojawiała się w tych badaniach, a prędzej czy później wszystkie ścieżki prowadziły właśnie do niej. Dlatego odkładałem i gromadziłem osobno wszystko, co jej dotyczyło, świadomy, że kryje w sobie ogromny potencjał historyczny.
Te zbiory dojrzewały długo - niektóre czekały na swój czas ponad dziesięć lat.
Czy mieszkańcy chętnie dzielili się wspomnieniami, czy wymagało to czasu i zaufania?
To był proces rozłożony na wiele lat. Już w 2015 roku, pracując nad rękopisami ks. Antoniego Gagatnickiego, zacząłem przecierać pierwsze szlaki w Łętowni: zaglądałem do archiwum parafialnego, rozmawiałem z mieszkańcami, zbierałem pierwsze relacje. Książka „Zapomniane rękopisy” - choć obejmowała nie tylko Łętownię, lecz także okoliczne miejscowości - została tu bardzo dobrze przyjęta. Po jej wydaniu mieszkańcy sami zaczęli przysyłać mi materiały, dzielić się rodzinnymi historiami i zdjęciami.
W kolejnych latach, zwłaszcza dzięki współpracy z Andrzejem Wichrem, poznałem wiele nowych osób zaangażowanych w gromadzenie lokalnej historii. Z czasem poczułem, że zaufanie stale rośnie. Myślę, że pomogły w tym moje wcześniejsze publikacje - pokazały, że moją intencją jest przede wszystkim rzetelne dokumentowanie przeszłości i dzielenie się wiedzą. Uważam, że to ważne, bo tylko dzięki temu możemy lepiej rozumieć swoje korzenie i ocalić je od zapomnienia.
Czy w trakcie pracy natrafił Pan na odkrycie, które szczególnie Pana zaskoczyło lub zmieniło wcześniejsze wyobrażenia o Łętowni?
Badanie źródeł i rękopisów okazało się niezwykle fascynujące, bo wiele historii, które dotąd funkcjonowały jedynie jako lokalne opowieści, zaczęło nabierać realnych kształtów. Przykładem może być sprawa dawnego zabójstwa proboszcza w Łętowni. Wiedziałem, że krąży o tym legenda, ale poza krótkim zapisem w księdze zmarłych nie miałem żadnych konkretów. Aż pewnego dnia Bogusław Gospodaczyk, mieszkaniec Łętowni, przesłał mi skan czasopisma prawnego z 1863 roku. Znalazł się w nim pełny opis procesu wraz z zeznaniami świadków. To materiał, który mógłby stać się podstawą filmu - tak dramatyczny i szczegółowy.
Wiele odkryć przyniosła również „Księga Uchwał Rady Gminy Łętownia” z lat 1880–1896. To bezcenne źródło, które ujawniło mnóstwo nieznanych dotąd faktów dotyczących życia wsi, jej problemów, finansów, sporów i codzienności mieszkańców. Dzięki niej udało mi się także odczytać znaczenie starej łętowskiej pieczęci - przedstawiającej tzw. most biskupi. Takie odkrycia nie tylko poszerzały moją wiedzę, ale też często zmieniały dotychczasowe wyobrażenia o Łętowni, pokazując, jak bogata i wielowątkowa jest jej historia.
Co okazało się najtrudniejsze: dotarcie do materiałów, ich interpretacja czy decyzja, co ostatecznie pominąć?
Najtrudniejsze okazało się może nie samo dotarcie do materiałów, ani nawet ich interpretacja, lecz decyzja, co ostatecznie pominąć. Od początku wiedziałem, że nie da się zmieścić wszystkiego w jednej książce. Aby uporządkować ogrom zebranych treści, podzieliłem całość na dwadzieścia ksiąg - rozdziałów, które tworzą swoisty montaż historii. Mimo takiego podziału selekcja była konieczna.
Samo wybieranie zdjęć stało się osobnym, bardzo wymagającym etapem. Chciałem, by publikacja była przejrzysta, by starsi czytelnicy mogli z łatwością ją czytać, a fotografie - duże i wyraźne - miały odpowiednią przestrzeń. W pewnym momencie trzeba było rezygnować z kolejnych ilustracji czy wątków, bo książka ma swoje fizyczne ograniczenia.
Mam jednak świadomość, że ta publikacja pokazuje jedynie wierzchołek góry lodowej. Łętownia kryje w sobie tematy na osobne książki, albumy, a nawet scenariusze filmowe. Weźmy choćby najstarsze nagrobki na miejscowym cmentarzu - ich pełna inwentaryzacja mogłaby stanowić gotowy album. Podobnie dwór w Łętowni czy kościół parafialny - to materiał na obszerne, samodzielne opracowania.
Dlatego najtrudniejsze było powiedzieć sobie: „na razie wystarczy” - wiedząc, że historia Łętowni wciąż czeka na kolejne odkrycia i kolejne książki.
Jestem ogromnie wdzięczny mojej żonie Teresie, która nie tylko towarzyszyła mi w całym procesie, ale także pełniła rolę redaktorki moich tekstów. To ona wspierała mnie w podejmowaniu trudnych decyzji, podpowiadała, co warto zostawić, a z czego zrezygnować, i utwierdzała mnie w wyborach, które miały kluczowe znaczenie dla kształtu książki.
Fotografia młyna i koła młyńskiego znalazła się na okładce - czy był to wybór oczywisty od początku, czy symbol, który „odkrył się” dopiero w trakcie pracy?
Na tę fotografię trafiłem wśród materiałów przekazanych przez jednego z mieszkańców. Od razu mnie zahipnotyzowała - od pierwszej chwili brałem ją pod uwagę jako potencjalną okładkę. Miałem jednak wątpliwości, czy jej surowość nie będzie zbyt odważna w porównaniu z kolorowymi, bardziej „bezpiecznymi” projektami, jakie można by stworzyć choćby z kolażu starych i współczesnych zdjęć.
Ostateczny wybór okładki był efektem pracy trzyosobowego zespołu: Andrzeja Wichra, Mateusza Ciszczonia i mojej. Testowaliśmy różne wersje, bo nie chcieliśmy pominąć takiego skarbu, jakim jest jeden z największych drewnianych kościołów na Szlaku Architektury Drewnianej. Ostatecznie jednak zwyciężyła fotografia młyńskiego koła, a wnętrze łętowskiej świątyni trafiło na tylną okładkę, gdzie pojawia się w delikatnej poświacie.
Koło młyńskie okazało się symbolem, który w pełni wybrzmiał dopiero w trakcie pracy. To znak nieustannego ruchu dziejów - cyklu przemijania i odradzania się historii. Jak kamień mielący ziarno, czas przetwarza ludzkie doświadczenia w pamięć, a pamięć w opowieść. Ten motyw pracy, trwania i losu przypomina, że historia - choć zmienna jak nurt rzeki - wciąż obraca się w tym samym rytmie życia.
Po zamknięciu tekstu i oddaniu go do druku - czy pojawiła się myśl, że czegoś Panu brakuje w książce albo coś chciałby Pan dodać?
Mam pełną świadomość, że w Łętowni wciąż kryje się wiele pięknych zdjęć, dokumentów i opowieści, które zasługują na spisanie. Jednak - jak wspominałem - musiałem dokonać pewnego montażu i świadomych wyborów. Książka w obecnym kształcie jest naprawdę obszerna: 560 stron tekstu, fotografii i ilustracji, a fizycznie waży 1,5 kilograma. W pewnym momencie trzeba było powiedzieć sobie „stop”, choć materiałów ciągle przybywało.
Nie traktuję jednak tych braków jako straty, lecz jako przestrzeń na przyszłość. Mam nadzieję, że dzięki informacjom zebranym w tej publikacji pojawią się nowe pomysły na kolejne opracowania, może nawet inicjatywy, które sięgną jeszcze głębiej w lokalną historię.
Czy ma Pan poczucie, że ta publikacja domyka pewien etap historii, czy przeciwnie - otwiera drogę do kolejnych tematów lub kontynuacji?
Na pewno ta książka jest rodzajem podsumowania i próbą pokazania całości dziejów Łętowni - czymś, czego dotąd nikt nie zebrał w jednym miejscu. Ale jednocześnie mam poczucie, że nie tyle domyka historię, ile otwiera drzwi do kolejnych tematów. Im głębiej wchodzi się w lokalne źródła, tym wyraźniej widać, jak wiele jeszcze czeka na opisanie, zbadanie i ocalenie.
Symbolicznym momentem było dla mnie spotkanie z panią Marią Piórecką, która ma już 98 lat i przekazała mi wiele materiałów wykorzystanych w tej publikacji. Bardzo czekała na tę książkę. Kiedy mogłem jej ją wręczyć, poczułem, że zamykamy pewien ważny rozdział - że udało nam się ocalić część pamięci, zanim odejdzie bezpowrotnie. Ale zarazem w tej samej chwili miałem świadomość, że to dopiero początek. Każda rozmowa, każde archiwum, każdy rodzinny album otwiera nowe wątki. Dlatego bardziej niż zakończeniem traktuję tę książkę jako fundament - zaproszenie do dalszego odkrywania historii Łętowni.
W trakcie pracy nad książką w Łętowni powstało Stowarzyszenie Gromada Łętownia - grupa niezwykle zaangażowanych ludzi, pasjonatów, którzy już zrobili wiele wartościowych rzeczy. Tworzą filmy dokumentalne o ginących zawodach, prowadzą profil w mediach społecznościowych i stronę internetową, aktywnie gromadzą materiały. Bardzo im kibicuję, bo widzę, że to zespół z ogromnym potencjałem, który może kontynuować i rozwijać to, co w książce udało mi się jedynie zainicjować.
Czy była historia, której nie zdecydował się Pan umieścić - nie dlatego, że była błaha, ale z szacunku? (bez podawania szczegółów)
Oczywiście, były historie, których świadomie nie umieściłem - nie dlatego, że były błahe, ale z szacunku do osób i ich doświadczeń. Czasy wojny i okres powojenny to dla wielu mieszkańców niezwykle trudne, często bolesne wspomnienia. Niektórzy do dziś nie chcą o nich mówić, a jeszcze w latach 90. wiele osób obawiało się ujawniać pewne fakty.
Szczególnie delikatnym tematem była choćby kwestia powojennych przemian społecznych i parcelacji majątku dworskiego. Podchodziłem do tych zagadnień z dużą ostrożnością, aby nie rozgrzebywać starych ran i nie wywoływać niepotrzebnych emocji.
Wierzę, że historia powinna przede wszystkim łączyć i inspirować, a nie dzielić. Dlatego w książce starałem się zachować równowagę między prawdą a szacunkiem - tak, by pamięć była pielęgnowana, ale z empatią i zrozumieniem.
Co chciałby Pan, aby czytelnik - zwłaszcza ten spoza Łętowni - poczuł po lekturze książki?
Chciałbym, aby czytelnik - zwłaszcza ten spoza Łętowni - poczuł wyjątkowy genius loci tej miejscowości. Łętownia miała kiedyś ogromne znaczenie - do parafii należał m.in. kościół w Jordanowie aż do 1856 roku, a w jej skład wchodziło kilkanaście okolicznych wsi, takich jak Bystra, Chrobacze, Malejowa, Naprawa, Rabka, Rdzawka, Skomielna Biała, Skomielna Czarna, Spytkowice, Tokarnia, Więcierza, Wysoka czy Zaryte. Ta liczba miejscowości wchodzących w skład parafii pokazuje, jak ważną rolę Łętownia odgrywała w regionie.
Wierzę, że wielu mieszkańców tych wsi odnajdzie w książce swoje korzenie i inspiracje. Chciałbym, aby lektura pozwoliła poczuć nie tylko historię, ale też ducha miejsca - jego atmosferę, tradycję i ciągłość, które sprawiają, że Łętownia jest tak wyjątkowa.
Premiera książki odbędzie się dziś (23 listopada) o godz. 17:00 w hali sportowej Szkoły Podstawowej w Łętowni.
Publikacja będzie dostępna podczas wydarzenia jako darowizna wspierająca Stowarzyszenie Gromada Łętownia.
Po premierze, na stronie stowarzyszenia - które zajmuje się dystrybucją - będzie możliwość zakupu online. Informacje o dostępności książki znajdziecie na stronie stowarzyszenia oraz profilu „Łętownia”, a także bezpośrednio u autora.

